Startuj z nami!

www.szkolnictwo.pl

praca, nauka, rozrywka....

mapa polskich szkół
Nauka Nauka
Uczelnie Uczelnie
Mój profil / Znajomi Mój profil/Znajomi
Poczta Poczta/Dokumenty
Przewodnik Przewodnik
Nauka Konkurs
uczelnie

zamów reklamę
zobacz szczegóły
uczelnie
PrezentacjaForumPrezentacja nieoficjalnaZmiana prezentacji
Dobro dziecka czy dobro jego rodzica

Od 01.01.2015 odwiedzono tę wizytówkę 761 razy.
Chcesz zwiększyć zainteresowanie Twoją jednostką?
Zadzwoń do Nas!* - tel. 606-...-... ->>>
* szkolnictwo.pl - najpopularniejszy informator edukacyjny - 1,5 mln użytkowników miesięcznie



Platforma Edukacyjna - gotowe opracowania lekcji oraz testów.



 

 

Czytam w prasie, że od nowego roku szkolnego uczniowie będą się uczyć o korupcji i o metodach walki z nią - już w klasie IV szkoły podstawowej. I bardzo dobrze! Za rok niech to będą pobicia ze skutkiem śmiertelnym (że nie należy tak czynić), za dwa lata można oduczać dewastacji, chuligaństwa itp. Co rok to prorok, wszak dekalog, choć zawiera 10 przykazań, nie wyczerpuje swą podstawową kodyfikacją wszelkiego zła, którego może się dopuścić człowiek. Można by się zapytać, co z wychowawczą funkcją szkoły, skoro doraźnie trzeba jej zadawać wymyślne zadania domowe?

Właśnie... Nasza polska szkoła co jakiś czas pęka z dumy, że oto jakiś jej wychowanek, uprzednio wyemigrowawszy z Polski, w nowej ojczyźnie znalazł, że poziom wiedzy tzw. ogólnej jego nowych zagranicznych kolegów żenująco nie przystaje do wyposażenia naukowego, w jakie wyposaża swych uczniów polska placówka wychowawczo - opiekuńcza.
Polski szóstoklasista może historię Ameryki znać lepiej niż jego amerykański odpowiednik!
No i co z tego? Materia to zasługująca na obszerniejszą wypowiedź, ale mi chodzi o drugą z funkcji szkoły, którą jest wychowanie. Bo o i ile wtłaczanie wiedzy do głów mamy wyszlifowane do perfekcji, to z wychowaniem nie może już być tak dobrze, skoro corocznie trzeba będzie zadekretować nowy szczytny cel wychowawczy, który wszak jest tylko wąziutkim wycineczkiem szerokiego pojęcia bycia przyzwoitym, dobrym człowiekiem.

I zainteresowani, a może i nie zainteresowani wiedzą, że nauczyciel za pełnienie funkcji wychowawcy klasy otrzymuje miesięcznie kwotę 30 złotych. Jeżeliby taki nauczyciel wychowawca wypełniał swe wychowawcze powinności proporcjonalnie do kwoty, którą się go za to opłaca, no to włosy, i nie tylko, stanęłyby dęba. Na szczęście, a może i na nieszczęście, tak nie jest. Na szczęście, bo w końcu oddajemy swoje pociechy do szkół nie na bezhołowie. Na nieszczęście, bo wszyscy jakoś przywykli do chorej sytuacji, a przecież tak demotywująca kwota jakoś musi wpłynąć na jakość pracy nauczycieli. Niejeden z nich po cichu marzy, by mu odebrać wychowawstwo klasowe (rzecz jasna , nie za karę - despekt!).
Ale wtedy taki pedagog może nie wiedzieć, co zrobić z mnóstwem czasu wolnego i głową uwolnioną od licznych zgryzot, wśród których zbieranie składek przeróżnych nie należy do najdokuczliwszych.

Ustaliliśmy zatem, że szkoła polska wychowuje ucznia. Tylko czy jego dobro jest w szkole dobrem nadrzędnym? Innymi słowy, czy gdy nastąpi kolizja interesów ucznia, jego rodziców, nauczyciela czy szkoły jako placówki szkoła bezwzględnie stanie po stronie dziecka jako najsłabszej części układanki? Mam co do tego wielkie wątpliwości. Dlaczego?

W zamierzchłych czasach PRL - u na zajęciach z ekonomii politycznej kapitalizmu (to były czasy!) pan dr K. uczył, nie wiedzieć czemu i po co, mnie i moich kolegów, co to jest centralizm demokratyczny. Mówił mianowicie, ze ma on (ten centralizm) dwie zasady:
1. Szef ma zawsze rację.
2. Jeśli szef nie ma racji, patrz p. 1.

Pan dr K. wielki mętlik wprowadzał nam był do naiwnych głów. Jakoś potem nie tylko zrozumiałem, o co panu drowi chodziło, ale i zasadę zapamiętałem. Bo świeci ona tryumfy wszędzie tam, gdzie panuje strach przed odpowiedzialnością czy po prostu ludzki strach przed tyranem. Tyranów szczęśliwie w Polsce niewielu, ale odpowiadać za swe czyny i poglądy, niestety, nadal trzeba. I tu wracamy na szkolne podwórko.
Wygodnie było za tzw. komunizmu - ONI byli źli i głupi, my czyści i dobrzy. Indoktrynacja była tak daleka od tego, co stanowiło esencję polskiej kultury i obyczajowości, że właściwie żaden Waryński, Pstrowski czy Wasilewska nie wsiąknęli w nasze polskie dusze. ONI mówili swoje, nie traktując tego zresztą nazbyt poważnie, a my, prawdziwi Polacy, robiliśmy swoje.
Jakoś się to wszystko toczyło... do 1989 roku.

Szkoła, nie przyzwyczajona do autonomii, zaczęła szukać kogoś, kto zdjąłby z niej decyzję o modelu wychowawczym, bo natura nie lubi próżni i w miejsce dawnych czynników, np. partyjnych, musi wejść ktoś nowy, ktokolwiek. I wszedł - stał się nim rodzic.
W dawnym modelu nie miał wiele do gadania, teraz nagle otworzyła się przed nim terra incognita. Przecież widzi w telewizji, jak podnosi się ranga wypowiedzi kogokolwiek, kto dorwie się do mikrofonu w ulicznej sondzie, tokszole etc. Dziś każdy rozmówca ma rację. I dobrze, powie ktoś, że w szkole zaczną decydować rodzice, wszak to ich dzieci tam chodzą. Dobro dziecka musi przecież stać się nadrzędną wartością polskiej szkoły! Zgoda.
Tylko co wtedy, gdy dobro dziecka stanie na przeszkodzie dobru rodzica? Czy wtedy, szkoła zwolniona od odpowiedzialności, przymknie oko na fakt, że w systemie, w którym tata i mama zawsze mają rację, może się zdarzyć, że tata lub mama ewidentnie szkodzą swemu dziecku?

Oczywiście, dobrze byłoby, gdybyśmy wszyscy byli mądrzy, zdrowi i bogaci. Dobrze byłoby też, żeby każdy rodzic tak wychował swe dziecko, żeby prawo, więzienia, policję odesłać do lamusa cywilizacji. Jeżeli na razie nie przekwalifikujemy policjantów w ogrodników czy rolników, to, niestety, jest to wątpliwą "zasługą" tego procenta a może kilku procent rodzin, z których wychodzą nieszczęśliwe dzieci, którym nikt we właściwym czasie nie podał pomocnej dłoni.

I tu wracamy do zasady, że szef ma zawsze rację. W szkole tym szefem zaczyna być rodzic. Dobrze, jeśli jest to ten tata czy ta mama, którzy wychowali kogoś z sympatycznej rubryki "Jak mnie wychowywano" z popularnego dziennika. Ale czy każdy rodzic musi mieć rację tylko dlatego, że jest rodzicem?

Niedawno telewizja pokazała rodziców z Wirginii z USA, którzy swe dzieci chowali w... klatkach, bo im przeszkadzały swą ruchliwością. To oczywiście skrajność, ale między nią a dziećmi z rubryki "Jak mnie wychowywano" znajdziemy wszystkie odcienie bieli, szarości, wreszcie czerni. Rodziny z alkoholizmem, rodziny z przemocą, rodziny niewydolne wychowawczo, rodziny, w których dziecko jest narzędziem rozgrywek rodziców między sobą, rodziny, które dziecko już na trwale wkomponowały w przyszłość familijnych biznesów, nie licząc się ze zdaniem małego człowieka etc. etc.

Jak spektakularne mogą być rodzicielskie patologie, można było zauważyć przy okazji sprawy dyrektora chóru chłopięcego, który to pan został aresztowany pod zarzutem molestowania seksualnego własnych podopiecznych. Rodzice pokrzywdzonych chłopców też stworzyli chór, ale taki, który panu dyrygentowi pod murami wiezienia śpiewał: "Wojtek, trzymaj się ". Gdy tygodnik "Wprost" bez żenady opublikował wizerunek dyrygenta wraz z pełnym jego nazwiskiem, chór jakby ucichł. Chyba ze wstydu... Revenons a nos moutons. Kto lepiej dziś może pomóc dziecku, któremu ewidentnie dzieje się krzywda, jeśli nie współczesna szkoła? Tylko że dawne akademie ku czci Rewolucji Październikowej zastąpił dzisiejszy permisywizm i kult politycznej poprawności oraz tolerancji dosłownie wszystkiego. A przecież, jak śpiewa W. Młynarski, czasem trzeba w stół uderzyć i twardą prawdę tak odmierzyć, jak ten Szmul, co na frak miarę brał (cytuję z pamięci).

Uczą nas z telewizji, że nie ma dobra i zła, jest tylko lepsza lub gorsza oglądalność.
Talk show z O.J.Simpsonem bardzo dużo mówi o ciekawych czasach, w których przyszło nam żyć. Jeszcze trochę, a usłyszymy z ekranu tv : "Szanuję Pańskie poglądy, Panie nekrofilu, choć czynów nie pochwalam".

Szkoła współczesna nie powinna zatem wstydzić się, że ma do wypełnienie misję. Misję wychowania młodego człowieka. Przede wszystkim we współpracy z rodzicami, ale gdy trzeba, to i wbrew nim. Nie będą to częste przypadki, ale że takowe będą, na to szkoła się musi przygotować.

Rzecz jasna, że szkoła to nie abstrakt, czysty Platoński byt. To jej grono pedagogiczne i jej dyrektor, który w modelu dzisiejszej oświaty może wiele dobrego zdziałać. Dyrektorzy to też ludzie, i wśród nich można znaleźć różne podejścia - są typowi administratorzy, są romantycy, są realiści, są wreszcie i politycy (signum temporis !), i tych jest chyba najwięcej.

Ale jak to z politykami bywa, są mądrzy politycy i są niemądrzy politycy, są taktycy, są i stratedzy. Gdy celem dyrektora będzie samo sterowanie nawą, by nie rozbić się na przeróżnych podwodnych przeszkodach, o misji szkoły można zapomnieć. Będzie liczył się interes partykularny, i gdy coś temu interesowi stanie na zawadzie, marny los tego czegoś - czy to będzie niezdyscyplinowany uczeń, czy kiepsko ustosunkowany, a pieniacki rodzic, czy naiwny nauczyciel, który chciałby jaki taki ład wywrócić do góry nogami. Zresztą arsenał straszaków i wcale realnych gróźb wobec nauczyciela ma w trudnych dzisiejszych czasach dyrektor niemało: zabranie godzin nadliczbowych, skromne premie, brak premii, redukcja, wiadomo - niż demograficzny.

Dyrektor polityk w podobnej roli widziałby też własnych nauczycieli. Nauczyciel niepolityk, któremu przychodzi za często do głowy i potem na usta Andersenowskie "Król jest nagi" bardzo może nie pasować do kolektywu, który dobrze wie, co i komu powiedzieć.
Znam nauczyciela, którego dyrektor zwolnił właśnie dlatego, że nie był (ten nauczyciel, nie dyrektor) dość dobrym politykiem. Bez mrugnięcia okiem dyrektor polityk oznajmia takie powody zwolnienia nauczycielowi niepolitykowi. Spyta ktoś, gdzie tu właściwie jest misja szkoły z jej nadrzędną wartością, jaką jest dobro dziecka a wraz z tym i dobro całego społeczeństwa (" Takie będą rzeczypospolite...") No właśnie...

Dlaczego to polityczne bycie w szkole jest takie ważne? Ano dlatego, żeby bezkonfliktowo wypuszczać kolejne roczniki uczniów, którzy udawali, że się uczyli, pedagodzy udawali, że ich wychowywali, a państwo udawało, że oświata to oprócz gospodarki wielki priorytet w celach strategicznych rządu. Ale prawie 50 lat marksiści uczyli nas, że bez konfliktów ani rusz, że bez nich nie ma postępu, że musi być antyteza, żeby mogła być synteza. I tu bym się z nimi zgodził.

Muszą być konflikty, gdy waży się dobro dziecka i wtedy trzeba dotrzeć do, nazwijmy to modnie, toksycznego rodzica, który żyje w swoim wygodnym świecie ułud i zaprzeczeń jak w szklanej bani i nic go przez grube ściany nie dotyka, a jego dziecko cierpi. Najprostszym, bo społecznie częstym, jest przykład dysfunkcyjnych rodzin, gdzie wszystko kręci się wokół alkoholu. Rozmowa z tatą alkoholikiem może być bolesna, ale histeryczne reakcje tatusia czy mamusi grożących przerażonej szkole wizytą w Kuratorium nie mogą szkole wiązać rąk. Bo i po cóż ona miałaby w takim razie funkcjonować? Pompowanie wiedzy w głowy przyszłych bezrobotnych to wizja przerażająca, bo jeśli szkoły staną się li tylko placówkami, w których realizuje się obowiązek szkolny, to te szkoły będą opuszczać absolwenci przeświadczeni, że zakład pracy to miejsce, które dostarcza miejsc pracy. Najlepiej wielopokoleniowo.

Janusz Ziemski
Szkoła Podstawowa Nr 6 w Rudzie Śląskiej

Umieść poniższy link na swojej stronie aby wzmocnić promocję tej jednostki oraz jej pozycjonowanie w wyszukiwarkach internetowych:

X


Zarejestruj się lub zaloguj,
aby mieć pełny dostęp
do serwisu edukacyjnego.




www.szkolnictwo.pl

e-mail: zmiany@szkolnictwo.pl
- największy w Polsce katalog szkół
- ponad 1 mln użytkowników miesięcznie




Nauczycielu! Bezpłatne, interaktywne lekcje i testy oraz prezentacje w PowerPoint`cie --> www.szkolnictwo.pl (w zakładce "Nauka").

Zaloguj się aby mieć dostęp do platformy edukacyjnej




Zachodniopomorskie Pomorskie Warmińsko-Mazurskie Podlaskie Mazowieckie Lubelskie Kujawsko-Pomorskie Wielkopolskie Lubuskie Łódzkie Świętokrzyskie Podkarpackie Małopolskie Śląskie Opolskie Dolnośląskie